Świadek historii

Wywiad ze Stanisławem Zalewskim, byłym więźniem KL Auschwitz i obozów systemu Mauthausen (Gusen I, Gusen II), prezesem Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych na potrzeby projektu „Międzynarodowy dialog o współczesnych sposobach upamiętniania prawdy o niemieckim ludobójstwie na terenie okupowanej Polski” w ramach punktu „Udział świadka historii w projekcie”.

Patria Nostra: Panie Stanisławie, pandemia niestety pokrzyżowała plany Pana spotkania ze studentami Touro College w Berlinie, którym miał Pan opowiedzieć o swoich przeżyciach w obozach zagłady oraz uświadomienia im, dlaczego tak ważna jest prawda historyczna w kontekście tego, kto był sprawcą a kto był ofiarą w czasie II wojny światowej…

Stanisław Zalewski: Mam nadzieję, że takie spotkanie jeszcze przed nami, mam tym młodym ludziom naprawdę wiele do przekazania. Teraz jednak zdrowie jest najważniejsze. Tym niemniej cieszę się, że młodzież chce słuchać o tych trudnych sprawach. I wiem z doświadczenia, że lubią, żeby im cała moją historię przedstawić chronologicznie. Na zasadzie „jak do tego doszło”

P.N.: Tak więc zacznijmy od tego standardowego pytania. Jest wojna, okupacja stolicy i jest mieszkający w niej młodziutki Stanisław Zalewski…

S.Z.: W 1940 r. przerwałem naukę ze względu na trudną sytuację materialną rodziny. Brat zaproponował, że poleci mnie w warsztacie samochodowym przy ul. Waliców, w którym pracował. Zatrudniłem się. Wkrótce zakład został przejęty przez Wehrmacht. Naprawialiśmy samochody armii niemieckiej. Po utworzeniu getta warsztat znalazł się na jego terenie. Miałem specjalną przepustkę i ausweis, czyli dokument tożsamości, w którym umieszczono adnotację, że pracuję na rzecz armii Rzeszy. Byłem przez to nieco uprzywilejowany w wypadku łapanki. Widziałem na ulicach getta wychudłych ludzi, dosłownie skóra i kości, osoby, które po upadku już się nie podnosiły. Tłok był czasem tak duży, że trudno było się swobodnie poruszać. Jednocześnie wisiały plakaty o imprezach artystycznych, funkcjonowały kawiarnie i restauracje, w których można było coś zjeść. W naszym warsztacie zatrudnienie znalazło kilku Żydów. Prosili nas o przyniesienie żywności ze strony aryjskiej. Zapytałem Żydów, skąd mają pieniądze na opłacenie tych dostaw. „Oni nie biorą pieniędzy, tylko to, co się świeci” – odpowiedzieli. Jednak moja pomoc w dostarczaniu żywności była bardzo ograniczona ze względu na kontrole. W okresie, w którym pracowałem w tym miejscu, posterunek tzw. granatowej policji był po zewnętrznej stronie getta. Następnie stał żandarm niemiecki, a od wewnętrznej strony policjant żydowski. Wszyscy nas sprawdzali, przy czym funkcjonariusz niemiecki był niezwykle dokładny. Podchodziłem, kiedy funkcjonariusz był zajęty jego dokumentami, w związku z czym nie kontrolowano mnie szczegółowo.

P.N.: Czy widział Pan zachowanie Niemców wobec Żydów?

S.Z.: W warsztacie naprawialiśmy samochody, a także przygotowywaliśmy nowe maszyny do pracy w trudnych warunkach atmosferycznych, do rozruchu silników w niskich temperaturach. Pewnego dnia popsuła się sprężarka do pompowania opon. Żołnierz wyszedł przed warsztat, zatrzymał Żyda i kazał mu ręcznie pompować opony do samochodów ciężarowych. Kiedy ten upadł ze zmęczenia, żołnierz przestał się nim interesować. Zawołał kolejnego mieszkańca getta. Widziałem też, jak dwóch młodych żołnierzy z SS, których samochód był w warsztacie, wyszło przed zakład i zatrzymało Żyda z długą brodą. Wyjęli zapalniczkę, podpalali temu człowiekowi brodę i kazali szybko uciekać.

P.N.: W jakich okolicznościach Pana aresztowano?

S.Z.: Z kolegami stworzyliśmy szajkę, którą nazwaliśmy Czterech na Literę S – było w niej trzech Staśków i jeden Stefan. Zaangażowaliśmy się w działalność konspiracyjną Związku Walki Zbrojnej. Dostaliśmy przydział do grupy tzw. małego sabotażu. Działaliśmy poza gettem. Między innymi malowaliśmy napisy na murach niezamieszkanych domów, w tym kotwicę Polski Walczącej. Wieczorem, 12 września 1943 r. poszedłem na zbiórkę w fabryce kamieni młyńskich na Pradze, gdzie ojciec jednego z kolegów był szefem gospodarczym. Mieliśmy tam w piwnicy kryjówkę. Rano wyszliśmy ze Stefanem na akcję w pobliżu mojego miejsca zamieszkania przy ul. Olszowej. Malowaliśmy napisy na murach budynku dawnej Państwowej Komendy Uzupełnień. W tym miejscu rzadko chodzili ludzie. Malowaliśmy więc sobie spokojnie, aż nagle pojawił się patrol żandarmerii niemieckiej. Kazano nam podnieść ręce do góry i zostaliśmy aresztowani. Zabrano nam paski od spodni i zaprowadzono na posterunek przy ul. Szerokiej. Stąd zostaliśmy zabrani do budynku przedwojennej dyrekcji kolei państwowych, naprzeciwko obecnego domu handlowego. Stamtąd samochodem ciężarowym w towarzystwie czterech wartowników zostaliśmy przewiezieni do siedziby gestapo w al. Szucha i osadzeni w celach. Przesiedzieliśmy całą noc. Słychać było jęk więźniów. Rano przyszedł starszy pan mówiący dobrze po polsku, wezwał nas na przesłuchanie. Pokoje przesłuchań były na piętrze, cele zaś na parterze. Po drodze dano mi do zrozumienia, że jestem młody i jeżeli powiem, jak było naprawdę, to pójdę do domu. Nawet mu wierzyłem, ale kiedy wszedłem do pokoju przesłuchań, złudzenia prysły. Przede mną był stół, przy którym siedział oficer SS. Stanąłem przed stołem, mając po bokach dwóch osiłków z pałkami. Zaczęło się przesłuchanie: imię, nazwisko, adres, aż doszliśmy do malowania. Jeżeli odpowiedź nie pasowała oficerowi, to machał ręką, a wtedy stojący po mojej lewej stronie osiłek zaczynał mnie bić. Kiedy kiwnął drugą ręką, bił mnie osiłek z prawej. Przede mną był badany Stefan. Po zatrzymaniu umówiliśmy się, co będziemy zeznawać. Albo uwierzyli w to, co mówiliśmy, albo mieli coś ważniejszego do roboty, bo dostaliśmy tylko porządne lanie i wróciliśmy do cel. Byłem posiniaczony, ale nie doznałem trwałego uszczerbku. W późnych godzinach popołudniowych wraz z innymi więźniami przewieziono nas samochodem ciężarowym na Pawiak. Któregoś dnia jeszcze raz przewieziono nas na przesłuchanie w al. Szucha. Mówiliśmy to samo, co zeznawaliśmy poprzednio, i ponownie dostaliśmy porządne lanie. Pawiak był zwiastunem obozu koncentracyjnego…

P.N.: A kiedy i w jakich okolicznościach został Pan przetransportowany do KL Auschwitz?

S.Z.: Po trzech tygodniach pobytu na Pawiaku został sformowany transport w nieznanym nam kierunku. 5 października 1943 r. zgromadzono więźniów w dużym pomieszczeniu i zrobiono rewizję. Następnie załadowano nas na samochody i przewieziono na dworzec. Jak się później dowiedziałem, był to Dworzec Gdański. Tam dosłownie upchnięto nas do wagonów towarowych z dwoma małymi okienkami. Ścisk był taki, że gdy ktoś chciał usiąść, reszta musiała się przesunąć do ściany. Jeżeli ktoś wstawał, to na jego miejsce mógł usiąść drugi. W wagonach przesiedzieliśmy może godzinę lub dwie. Pociąg ruszył. Po nazwach mijanych stacji zorientowaliśmy się, że jedziemy w kierunku Krakowa. Nie dano nam jedzenia. Potrzeby fizjologiczne były zaś załatwiane w rogu wagonu. Na jednej ze stacji przyniesiono w kotłach wodę, ale nie starczyło jej dla wszystkich. Późną nocą dojechaliśmy do Oświęcimia. Kilka osób w naszym wagonie umarło, część osób zaś ledwo mogła wstać. Żywi wyszli z wagonów, a martwych wyniesiono. Była późna, chmurna noc. Ustawiono nas piątkami w długą kolumnę. Po bokach znaleźli się esesmani z psami. Poszliśmy w kierunku obozu. Jeżeli ktoś się wychylał, to wskakiwały na niego psy. Tak doszliśmy do bramy z napisem Arbeit macht frei. Było wiadomo, że znaleźliśmy się w słynnym obozie koncentracyjnym Auschwitz. Umieszczono nas w bloku, który był przeznaczony do zasiedlenia przez więźniów. 

P.N.: Jak przebiegała procedura przyjęcia do obozu?

S.Z.: Najpierw spisywano personalia. Zaskoczyło mnie to, że funkcyjnymi więźniami w baraku przyjęcia byli Żydzi. Nasz transport został wytatuowany w nietypowym miejscu, na wewnętrznej części lewego ramienia. Tak wytatuowano w tym czasie kilka transportów ludzi. Do dziś nie wiadomo dlaczego. W Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau też nie uzyskałem odpowiedzi. Dokumentacja tych więźniów została podobno zabrana z obozu. Moim zdaniem tak tatuowano więźniów, którzy nadawali się do pracy w produkcji zbrojeniowej, bo większość tych, którzy ze mną przyjechali, miała styczność z jakąś mechaniką. Po tatuowaniu przystąpiono do strzyżenia. Później dezynfekcja i ubranie w pasiaki. Dostaliśmy koszule, kalesony, spodnie i marynarki. Dano nam też trepy, ale nie było czapek. Ja miałem własne buty. Jeden z więźniów funkcyjnych zaproponował mi wymianę butów na swoje w zamian za bochenek chleba. Nie zgodziłem się. „W czym będę chodzić, jak wyjdę z obozu?” – powiedziałem. Popatrzył na mnie wymownie i odszedł. To spojrzenie pamiętałem bardzo długo…

P.N. Czy jest jakiś moment, który wówczas szczególnie utkwił Panu w pamięci?

S.Z.: Pewnego dnia zamknięto nasz barak i nie pozwolono prawie cały dzień wychodzić. W żeńskiej części obozu zobaczyliśmy kobiety, którym kazano rozbierać się do naga. Załadowano je na samochody jak jakiś towar. Zamknięto pokrywy ładunkowe i auta ruszyły w kierunku krematorium. Za nimi jechał żołnierz na motocyklu. Jeżeli któraś z kobiet wyskoczyła, to strzelał do niej.

P.N.: Jak długo był Pan w Auschwitz? I dokąd los rzucił Pana później?

S.Z.: Miesiąc. W tym okresie wykorzystywano nas do prac przy dalszej rozbudowie obozu. Na początku rozładowywaliśmy wagony z materiałami budowlanymi. Musiałem dźwigać worki z cementem ważące 50 kg. Należało to robić w pośpiechu. Kto upadł i nie mógł się już podnieść z wycieńczenia, był zabijany.

Na początku listopada zgromadzono nas w jednym baraku. Skoro świt umieszczono nas w wagonach dostosowanych do przewozu żywych zwierząt. Dziś, gdy pisze się o transportach więźniów do obozów koncentracyjnych, używa się często określenia bydlęce, choć precyzyjnie rzecz ujmując, chodzi o wagony towarowe z małymi okienkami, którymi ledwo przechodziło powietrze. Wagon, którym nas wywożono, miał duże otwory wentylacyjne, niezasłonięte, podłogę o dziwo wyścieloną słomą, a liczba więźniów była taka, że można było chodzić.

P.N.: Czy to z tego transportu uciekli więźniowie?

S.Z.: W wagonie było dwóch wartowników z SS. Usiedli przy drzwiach i nie zwracali na nas uwagi. Po pewnym czasie pociąg stanął na bocznicy. Przez okienko zobaczyliśmy, że jesteśmy w Wiedniu. Skład stał tam dosyć długo. Zmieniła się służba wartownicza. Kiedy pociąg ruszył, esesmani zaczęli liczyć więźniów. Okazało się, że dwóch brakuje i że w jednym z rogów wagonu są poluzowane deski. Zaczęło się dochodzenie, zwłaszcza wśród więźniów, którzy stali w tym miejscu. Wyselekcjonowano kilku, którzy rzekomo pomagali w ucieczce, pobito ich bardzo mocno. Jednego z więźniów wieszano za pomocą paska na haku, który był umieszczony w dachu wagonu. Pasek się zrywał, ale ostatecznie więzień został powieszony. Dwóch innych pobito do nieprzytomności. Po dojechaniu do Mauthausen więźniowie wyszli z wagonu. Trzech zabitych wyniesiono i położono obok. Nie było osoby, która by nie miała na ubraniu śladów krwi od uderzeń. Sformowano z nas kolumnę i poprowadzono do obozu. Ucieczka więźniów do dziś jest dla mnie zagadką. Przed wejściem do wagonu byliśmy rewidowani. Jak zatem więźniowie mogli wyrwać deski, skoro nie mieli żadnych narzędzi? Jak mogli dalej uciekać, jeśli mieli na sobie tylko pasiaki?

P.N.: Co działo się po przybyciu do obozu?

S.Z.: Znów wykąpano nas pod prysznicami, po czym ulokowano w baraku, z którego wychodziliśmy tylko na apele. Potem zatrudniono nas do noszenia kamieni z kamieniołomu w Gusen do miejsca, w którym zmieniano ich rozmiar i kształt. Więźniowie szli szeregiem. Obok stali esesmani i kapo z dużymi kijami. Jeżeli zauważono, że ktoś niesie za mały kamień, to dostawał lanie, po którym nie mógł się podnieść. Później spychano go ze zbocza do wąwozu. Dlatego więźniowie, ratując się przed tym, opracowali pewną technikę mylenia nadzorców. Wybierało się kamień płaski o dużej powierzchni, a idąc między kapo a esesmanami, ustawiało się go na plecach tak, aby płaszczyzną był skierowany do stojących obok. Więźniowie specjalnie się uginali, by pokazać, jak kamień jest ciężki. To trwało dłużej niż dwa tygodnie. W tym czasie zginęło wielu więźniów. Pozostali tylko silni. Następnie zostałem przydzielony do komanda Messerschmitt. Na początku zwoziliśmy maszyny i urządzenia z rampy kolejowej w Gusen do hali. Były to urządzenia i zespoły do maszyn przeznaczonych do montażu. Po ustawieniu maszyn przez majstrów zostałem przydzielony do grupy produkcyjnej w sztolni, to znaczy w korytarzu wydrążonym w zboczu góry. Były tam produkowane jakieś zespoły. Nie wiedzieliśmy wówczas, do czego służyły. Prawdopodobnie były to elementy do samolotów messerschmitt lub rakiet V2.

P.N.: Jak wyglądał dzień obozowy w Gusen I?

S.Z.: W znacznym stopniu zależał od miejsca pracy. W komandzie Messerschmitt pracowaliśmy po dziesięć godzin dziennie. Wstawało się około godz. 5.00, należało równo pościelić łóżko – na początku spaliśmy pojedynczo – następnie odbywał się apel poranny, potem śniadanie w postaci miski niesłodzonej kawy z malutkim dodatkiem, zbiórka, podział na komanda robocze i wymarsz z obozu do miejsca pracy. Szliśmy piątkami, równym krokiem. Przy bramie esesman liczył więźniów w komandzie, które prowadził kapo. Z obiadem też bywało różnie. Albo przywożono go na miejsce pracy, albo wracaliśmy do obozu na wydanie posiłku w baraku. Posiłek należało jeść bardzo szybko, czasem nie wszyscy zdążyli. Następnie wychodziliśmy do pracy, by w późnych godzinach popołudniowych wrócić do obozu. Ponowne liczenie przy bramie, przebranie się w baraku, jeżeli ktoś miał w co, mycie się i apel. W Gusen w zasadzie były apele wszystkich więźniów na placu apelowym. Po apelu rozdawano kolację, po której więźniowie mieli czas wolny do dzwonka. Po jego usłyszeniu wszyscy musieli iść spać. Szczęśliwie byłem w baraku, w którym nie odbywały się ekscesy esesmanów i kapo, natomiast od innych kolegów się dowiedziałem, że wieczorami esesmani potrafili wchodzić i wyłapywać więźniów, których kapo zanotował za to, że uchylali się od pracy albo że źle zdjęli czapkę.

P.N.: Czy w Gusen I przebywali więźniowie różnych narodowości?

S.Z.: W naszym baraku byli sami Polacy. W innych byli osadzeni Włosi, Hiszpanie i Francuzi. Lokowano ich razem, jeżeli było miejsce. Niektórzy więźniowie mieli tylko łóżka w baraku, ale rzadko w tym miejscu przebywali. Na przykład kuchnia została opanowana przez więźniów z Hiszpanii, którzy byli przeciwnikami gen. Franco. Ponieważ przygotowywano posiłki dla całego obozu, więźniowie byli tutaj od rana do wieczora, a nawet do późnej nocy. Zjawiali się niekiedy w baraku po swoje rzeczy. Jeżeli chodzi o moją pracę, to w komandzie produkcyjnym, do którego trafiłem po rozwiązaniu kolumny transportowej, byłem jedynym Polakiem. Pracowali tam Włosi, Francuzi i kilku Niemców. Wymyśliliśmy swój język. Dane narzędzie nazywaliśmy po polsku, inne po francusku itd., i tak przyjęta nazwa była używana. W tej grupie wytworzyła się więź między więźniami. Jeżeli ktoś miał coś do jedzenia, to częstował drugiego.

P.N.: A czy pamięta Pan święta w obozie?

S.Z.: Pamiętam, że w święta Bożego Narodzenia 1943 r. w Gusen I blokowy wypędził nas pod wiatę z natryskami na wolnym powietrzu. Po kąpieli dostaliśmy ubrania i dalej mam białą plamę w pamięci. Dowiedziałem się już później z literatury wspomnieniowej, że więźniowie w bloku przygotowali jasełka. To pierwsza sytuacja, której nie pamiętam. Ponieważ jedzenia było za mało, by wytworzyć dostateczną ilość energii, organizm korzystał z własnych zasobów. Tworzyły się w ten sposób ubytki w różnych organach. U mnie, jak się później dowiedziałem od specjalisty, powstały w obszarach zawiadujących pamięcią. Pewne rzeczy znam bardzo dokładnie, a niektóre są dla mnie białą plamą. Nie wszyscy o tym wiedzą i kładą to na karb sklerozy.

P.N.: Czy zetknął się Pan z rewirem w Gusen? To miejsce złowrogie, które budzi obawy samym swoim brzmieniem…

S.Z.: Tak. Miałem na łydce prawej nogi ranę, która powiększała się i ropiała. Zalepianie szmatką lub fragmentami worka od cementu nie pomagało. Zaczynałem kuleć, potem prawie nie mogłem chodzić. Miałem więc wybór – zostać w baraku i narazić się na śmierć lub pójść na rewir, z którego nie wychodziło się żywym. Zdecydowałem się jednak pójść do szpitala. Trzeba było zapisać się na listę. Sztubowy, a później blokowy sprawdzali, czy rzeczywiście nadaję się do szpitala. Przed wejściem na rewir, rozbierano nas do naga. Następnie malowano nam numery na piersiach. Po wejściu do pomieszczenia każdego więźnia przyjmował sztubowy. Pytał o nazwisko i imię. Kiedy zacząłem mówić po polsku, usłyszałem pytanie zadane w rodzimym języku. „Skąd jesteś?”. „Z Warszawy” – odpowiedziałem. „A wiesz, gdzie są ulice Targowa i Ząbkowska?” – dopytywał nieznajomy. Potwierdziłem. „Tam była cukiernia moich rodziców” – powiedział więzień. „Wiem, bo rodzice posyłali mnie tam po ciastka” – odparłem. Przydzielono mi pryczę, spałem sam na piętrze. Dostałem też ubranie. Inni więźniowie leżeli nago po dwóch na każdym piętrze pryczy, która miała dwa albo trzy piętra. Ponadto dostawałem nieokrojone posiłki, a sztubowy polecił mnie lekarzom, też więźniom, by się mną zaopiekowali. Mieli oni papierowe bandaże. Dawali mi też jakieś proszki.

P.N.: Czyli odnalazł Pan w warszawiaku przyjazną duszę?

S.Z.: I tutaj mam dylemat. Moja prycza była niedaleko piecyka. W nocy sztubowy siadał przy tym piecu. Więźniowie, którzy dopiero w nocy mogli iść do ubikacji, szli, czepiając się brzegów pryczy. Kiedy sztubowy zauważył takiego, który się przytrzymywał, podchodził i kijem uderzał go w głowę. Miał dwóch pomocników, którzy szybko zaciągali nieszczęśnika do ubikacji, a jak jeszcze dawał oznaki życia, to wieszali go na klamce od drzwi. Podczas mojego pobytu powtórzyło się to kilka razy. Udawałem, że śpię, a nawet chrapałem. Nie wiem, co byłoby, gdyby sztubowy zauważył, że widzę, co on robi. O dziwo, rana zaczęła mi się zabliźniać. Kiedy wszystko szło w dobrym kierunku, dałem znać sztubowemu, że chciałbym wrócić do mojego baraku. „Siedź tutaj, masz nieokrojone posiłki, ubranie, kiedy pójdziesz na barak, będziesz musiał pracować” – odpowiedział. W końcu machnął na to ręką. W 1946 r. szedłem nad Wisłą, tam, gdzie przed wojną był ośrodek rekreacyjny. Ze zdumieniem zauważyłem, że w jednej z drużyn siatkówki gra mężczyzna, który wygląda jak wspomniany sztubowy. Nie wiedziałem, co zrobić. Postanowiłem odejść na chwilę i pozbierać myśli. Kiedy wróciłem i chciałem zweryfikować, czy to on, już go nie było. Szukałem tego mężczyzny, ale bez powodzenia. Może i lepiej, że się tak stało, bo miałbym dylemat, jak należałoby postąpić. Czy w imię sprawiedliwości, bo zabijał ludzi, czy okazać wdzięczność, bo uratował mi życie. Problem moralny pozostał do dziś. Młodzi ludzie, którzy słuchają moich wspomnień, mówią, że powinienem być wdzięczny, a dorośli, że muszę dokonać wyboru.

P.N.: A jak wyglądało przyjęcie do obozu i warunki w Gusen II?

S.Z.: Do Gusen II zostałem przeniesiony w połowie sierpnia 1944 r. Nadmienię, że spotykaliśmy warszawiaków przywiezionych do obozu. To od nich dowiadywaliśmy się, jaki był przebieg powstania. Nie było to dla nas pokrzepiające. W Gusen I jako pracownik Messerschmitta byłem zakwaterowany w jednym z dwóch murowanych bloków, oznaczonym numerem 6. Po przyjściu z pracy i apelu wieczornym zostawała jeszcze godzina, kiedy więźniowie mogli się spotykać grupkami na korytarzach i porozmawiać. W Gusen II czułem się tak, jakbym z porządnego hotelu dostał się do wiejskiej chaty na peryferiach. Drewniane budynki, ścisk, gdyż coraz więcej więźniów potrzebowano do produkcji zbrojeniowej. W moim baraku umieszczono dwupiętrowe prycze, a na każdym piętrze spało po dwóch więźniów. Warunki sanitarne były nieporównanie gorsze, a system i organizacja dnia pracy dla więźnia bardziej uciążliwe niż w Gusen I. Pobudkę zarządzono na godz. 5.00, później apel, śniadanie, zbiórka. Na dwie, trzy godziny przed rozpoczęciem pracy wsiadało się do kolejki wąskotorowej. Boki wagoników miały wysokość około 1,5 m, może więcej. Ładowano do nich taką liczbę więźniów, że nie można było się poruszyć. Tak sformowana kolej jechała bardzo wolno, a po bokach szła eskorta żołnierzy z bronią i psami. Podróż z obozu do miejsca, gdzie pracowaliśmy, trwała prawie godzinę, a pracę w końcowych miesiącach wojny wydłużono nawet do 12 godzin. Dlatego na własne potrzeby nie zostawało nam dużo czasu. W porównaniu do Gusen I racje były małe, prawdopodobnie celowo okrojone przez funkcyjnych. Pewnego dnia, schodząc z pryczy, zauważyłem, że mój towarzysz jeszcze leży. Powiedziałem, żeby wstawał na apel. Niestety, umarł w nocy. Nawet tego nie zauważyłem, tak byłem zmęczony po pracy. Mniej odporni fizycznie więźniowie umierali. Myślę, że wysyłanie więźniów z Gusen I do Gusen II było celowe, gdyż tam odbywała się samoczynna selekcja. Najmniejsze przewinienie kończyło się w najlepszym wypadku batami. Delikwenta kładziono na specjalnym koźle i bito. Więźniowie nazwali Gusen I przedsionkiem piekła, Gusen II zaś dnem piekła. Byli tacy, którzy mówili, że stąd chętnie wróciliby do Auschwitz.

P.N.: Jak Pan zapamiętał wyzwolenie?

S.Z.: Do 2 maja 1945 r. pracowaliśmy w tunelach, gdzie odbywała się produkcja kadłubów do samolotów odrzutowych Messerschmitt. Zauważyliśmy, że w nocy z 2 na 3 maja uciekła cała niemiecka władza obozowa wraz z osobami, które nadzorowały produkcję. Na wieżach zamiast wartowników z SS ustawiono starszych panów z austriackich służb pomocniczych. Niekiedy namawiali oni więźniów, żeby uciekali z obozu, gdyż wojna się już skończyła. Jednak ci nie chcieli w to uwierzyć. Esesmani, kiedy uciekali, zabrali z magazynów to, co uznali za przydatne. Dlatego nie było w obozie prawie niczego do jedzenia. Dopiero 5 maja przyjechały amerykańskie wozy bojowe. Zapanowała radość. Więźniowie zaczęli śpiewać hymny narodowe. Żołnierze rozbroili panów stojących na wieżach, broń rzucili na stos, wylali trochę paliwa i podpalili. Zabrali wartowników i wyszli z obozu. Rozpoczął się, że tak powiem, sądny dzień w obozie. Więźniowie, którzy czuli się trochę na siłach i mogli szybko chodzić, podbiegli do płonącej broni i gasili ją. Moim zdaniem Amerykanie celowo ją tak nieudolnie podpalili. Część więźniów chwyciła broń i wyszła poza teren obozu. W pozostałych po pewnym czasie wstąpił nowy duch, który ożywił ich zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Ci, którzy powstali, nagle zapałali żądzą odwetu. Łapano funkcyjnych, kapo, sztubowych i innych, którzy znęcali się nad więźniami. Zabijano ich czymkolwiek i w jakikolwiek sposób – pałką, deską, kamieniem. Ciała albo wisiały na drutach, albo leżały na placu. Reszta funkcyjnych w tym rozgardiaszu uciekła przez bramę. Utworzyły się patrole, które ich ścigały, ale nie wszystkich udało się znaleźć. Z literatury obozowej dowiedziałem się, że w tym dniu zginęło kilkudziesięciu funkcyjnych. Tymczasem zaczęli wracać więźniowie, którzy wyszli z obozu. Przynosili ze sobą to wszystko, co nadawało się do jedzenia, i to, co ponoć, jak mówili, „dostali” od okolicznej ludności, która zapewne długo jeszcze pamiętała dzień wyzwolenia. Powracający mieli ze sobą pieczywo, owoce, warzywa, żywe zwierzęta jak kozy, drób. Wieczorem teren wyglądał jak obóz średniowiecznego wojska. Palące się ogniska i siedzący wokół nich więźniowie. Gotowano, pieczono i jedzono to, co udało się wziąć od ludności cywilnej. I to było zgubne. Kiedy rano wyszedłem przed barak, zobaczyłem, że tam, gdzie paliły się ogniska leżeli martwi więźniowie. Z gehenny uwięzienia, skrajnego głodu przeszli w nagłą obfitość jedzenia. To był dla nich szok. Ocalałem tylko dlatego, że w kręgu przy naszym ognisku był jeden starszy pan, który ostrzegł: „Jedz po troszku i w odstępach”. Ale jak to powiedzieć więźniowi, który przez te kilka dni prawie nic nie jadł? Wszyscy z naszej grupy ocaleli. Tak wyglądał pierwszy dzień wolności. Po kilku dniach zaczęto się zastanawiać, co dalej robić. Przez dwa lub trzy dni nikt nie zjawił się w obozie z pomocą. Więźniowie starali się jakoś samoistnie organizować i wzajemnie się wspierać. 

P.N.: Jak przebiegała droga powrotna do kraju?

Słyszeliśmy audycje, chyba z Polski, w każdym razie w języku polskim. Wzywano w nich Polaków do powrotu w celu odbudowy kraju. Mówiono, że tysiące jeńców niemieckich pracują między innymi przy odgruzowaniu stolicy. Amerykanie podstawiali samochody dla chętnych, więc skorzystaliśmy. Na granicy strefy amerykańskiej przejęła nas administracja sowiecka. Tutaj również byliśmy zakwaterowani w obozie repatriacyjnym. Wszystkich mężczyzn zdolnych do pracy angażowano do robót pod pewnego rodzaju przymusem. Pracowałem przy naprawie dróg i ulic. Z kolegami z Warszawy nie byliśmy z tego zadowoleni. Założyliśmy plecaki i wyszliśmy z obozu w kierunku granicy. Po wyjściu z miasta spotkaliśmy Polaka, który ostrzegł nas, że pobocza dróg są zaminowane. Polecił kontynuowanie wędrówki po torach, ale nie po podkładach, tylko po szynach kolejowych. Tak doszliśmy do najbliższej stacji kolejowej. Stał tam pociąg towarowy, który jechał w kierunku Polski. Usiedliśmy, gdzie kto mógł, i tak ujechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów. Dalej skład nie jechał. Zabrakło węgla, a przywieziony towar miał być tutaj rozładowywany. Poszliśmy więc kawał drogi piechotą, aż doszliśmy do Drezna. Przedmieścia były wymarłe, ruiny, żadnych ptaków. Po powrocie do kraju dowiedziałem się, że to był skutek bombardowań amerykańskich. W jednym z miasteczek przyłączył się do nas ojciec z córką i jeszcze jednym mężczyzną. Niedaleko był most, ale stali na nim wartownicy. W końcu po opłaceniu przewoźnika przepłynęliśmy łódką przez Odrę. Dopływając do drugiego brzegu, ujrzeliśmy wartowników sowieckich. Coś mi się wydaje, że ten przewoźnik był z nimi w zmowie. Spanikowałem i wrzuciłem nóż komandoski do Odry. Później bardzo tego żałowałem. Zaprowadzono nas do specjalnego pomieszczenia, czegoś w typie więzienia. Rosjanie wypuścili nas po przesłuchaniu. W pewnej miejscowości mieszkańcy dali nam trochę jedzenia. Doszliśmy do Legnicy, gdzie można było coś zjeść i dostać lepsze ubranie. W punkcie, w którym nas spisywano, otrzymałem specjalny dokument potwierdzający, że wracam „z Niemiec z obozu Oświęcim”. Działała już wtedy giełda więźniarska. Poradzono mi, abym mówił, że byłem w Auschwitz, a nie w Gusen. Spytano się tylko, czy mam numer. Potwierdziłem. Po powrocie do Warszawy okazało się, że wszyscy byli więźniowie Auschwitz dostawali największą zapomogę.

P.N.: A co stało się z kolegami z paczki na literę S?

S.Z.: Kolega, z którym byłem aresztowany, umarł w Gusen z wycieńczenia. Kolejny z niewiadomych przyczyn popełnił samobójstwo po zakończeniu wojny. Z paczki Czterech na Literę S ocalałem ja i drugi Staszek, który brał udział w powstaniu na Pradze. Spotkałem go po kilku miesiącach po powrocie. Powiedział mi, że wrócił z lasu. „Powiem ci tylko jedno, Stachu, to nie jest to, o co myśmy walczyli” – podsumował.

P.N.: Powtarza Pan często bardzo ważne dla Polaków słowo – pamięć. Krzywd nie można zapomnieć, ale czy można je wybaczyć?

Wierzę w Boga, ale mam problem. W modlitwie Ojcze nasz jest fragment: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Czy jako były więzień kacetu mogę odpuścić winy tym, którzy z premedytacją zabijali ludzi? Czy odpuszczenie winy oznacza zapomnienie o krzywdzie, odstąpienie od zadośćuczynienia? Wojna jest wojną, uzbrojeni ludzie się wzajemnie zabijają. Tutaj zabijano bezbronnych, z premedytacją. A przecież człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga…

P.N.: Jakie ma Pan przesłanie do młodzieży z Touro College?

S.Z.: Najmłodsi byli więźniowie mają dziś 75 lat, inni około 80–90 lat. W miarę upływu czasu zanika nasza pamięć dotycząca wydarzeń. Nasze środowisko zniknie za parę lat. Chciałbym pozostawić przesłanie, że każda wojna rodzi przemoc po jednej i drugiej stronie. Silniejszy dyktuje prawo, czasem bardzo okrutne. Przemoc niszczy granicę moralną pomiędzy dobrem a złem. Wyzwala u drugiej strony subiektywne działania odwetowe, które nie zawsze prowadzą do zamierzonego celu. Dlatego pojednanie między narodami czy ludźmi, których wojna ustawiła po przeciwnych stronach, bez przebaczenia i prawdy historycznej jest jak most bez poręczy, którym będzie można przechodzić, ale nie bez obawy. To jest zadanie i obowiązek moralny wszystkich rządzących i tych, którzy będą rządzić w przyszłości. Powinni prowadzić takie działania, aby wszystkie narody na świecie mogły żyć we wzajemnym szacunku, aby nikt nie był nadczłowiekiem, gdyż to właśnie sprawia, że inni nie są ludźmi. Doświadczyliśmy tego osobiście, kiedy byliśmy więźniami obozów koncentracyjnych.